Kona elektryczna

Story #42 – Gadżet | Kona EV 64kWh

Naprawdę czekałem na ten test. Bardziej niż pozwalałby mi się przyznać posiadany procent wysokooktanowej we krwi. Bo to nadal gadżet. Mam na myśli samochód elektryczny w Polsce. Ale ja gadżety wprost uwielbiam. Natomiast konsumenci na pewno kierują się nieco doroślejszym systemem wartości, niż powyższe, więc nie pozostało mi nic innego jak tylko sprawdzić czy Kona elektryczna w wersji 64kWh może na równi funkcjonować w przestarzałym, brudnym i nieekologicznym towarzystwie „tych złych” spalinówek. A Hyundai obiecuje tu na prawdę sporo.

Matematyka

Katalogowo producent deklaruje ponad 400km zasięgu. Brzmi całkiem sensownie jak na crossover tej klasy. Jak na elektryczny crossover. No właśnie, doświadczenie i niezliczone testy kolegów z innych redakcji jasno wskazują, że deklarowane zasięgi elektryków w większości mają wiele wspólnego z analogicznymi bajkami o niskim spalaniu przez samochody sportowe. Ale nie tu. Bateria w testowanym egzemplarzu ma pojemności 64kWh. Jej zużycie na 100 kilometrów w mieście to ok. 13-14kwh, w trasie 120km/h – ok. 17kwh, 140km/h to już zużycie na poziomie dochodzącym do 20kwh. Matematykę zostawiam już Wam. No dobra leniuchy, po kolei i w skrócie. W mieście jest lepiej niż dobrze, bo umiejętnie jeżdżąc i korzystając z 4 stopniowej siły rekuperacji (czyli odzysku energii – przy odpuszczeniu pedału „gazu” następuje hamowanie w jednym z 4 poziomów intensywności) możecie osiągnąć zasięg nawet przekraczający 450km. Spokojna i przepisowa trasa to nieco poniżej 400km. Ale! Wszystko to przy normalnym użytkowaniu, bez ograniczeń i zbędnego odłączania połowy elektroniki w samochodzie. Chyba sensownie, prawda?

Elektryczna moc

Sam napęd w przeliczeniu na znane nam jednostki to nieco ponad 200 koni mechanicznych. W połączeniu z charakterystyką silnika elektrycznego, czyli momentu który dostępny jest zawsze, ponieważ nie występują tu tak zwane „obroty” silnika, daje nam zaskakująco elastyczny pojazd. I to zaskakujący nie tylko dla kierowcy, ale i innych uczestników ruchu. Szczególnie startując ze świateł. Jest dobrze do tego stopnia, że niestety pojawia się tu problem z trakcją przy agresywniejszymi wciśnięciu pedału mocy. Nie mówiąc już o mokrej nawierzchni. Napęd na 4 koła miałby tu sens, ale zapewne znacząco zmniejszył by zasięg,  a i też wydaje się zbędną opcją przy spokojnym, codziennym użytkowaniu.

Samochód do gniazdka

Ładowanie. Największa zmora posiadaczy samochodów elektrycznych i największe pole do popisu wśród ich prześmiewców. Kona elektryczna podlega tu niestety takim samym zasadom jak inne modele. W 15 min pod szybką ładowarką „dotankujesz” około 100km zasięgu. Do pełna, tj. od 20 do 100% w około 1,5h, przy czym 45 minut zajmie doładowanie do 80%. Prędkość ładowania maleje po przekroczeniu tej wartości i spada ponownie po 90%. Wszystko ku wydłużeniu żywotności ogniw. W naprawdę dużym uśrednienieniu cena ładowania na szybkich ładowarkach jest porównywalna bądź nieco niższa niż ta, którą zapłaciłbyś za konwencjonalne paliwa. Są nadal oczywiście darmowe stacje, ale zazwyczaj nieco wolniejsze. Rada? Korzystać póki można, bo ich koniec jest raczej bliski. Najekonomiczniejszym rozwiązaniem jest oczywiście ładowanie z domowej sieci. Szybki uśredniony przelicznik wynosi: poniżej 10zl za 100km zasięgu. Ale problem jest moc ładowania w domowych warunkach. Załadowanie baterii do pełna może trwać nawet ponad 20h…

Wyposażenie

Jeszcze przed pierwszymi kilometrami Kona elektryczna miała u mnie zapisany bardzo duży plus. Z tak powierzchownego powodu jak wygląd. Gdy większości nowych samochodów elektrycznych na siłę próbuje udowodnić swoją domniemaną futurystyczną naturę (no bo samochód na prąd, prawda?) wydziwioną i w większości nie trafioną, stylistyką, Kona subtelnie i zarazem jednoznacznie daje znać o swoim napędzie. We wnętrzu znajdziemy jeszcze jedną zmianę w stosunku do spalinowego brata. Kona elektryczna otrzymała bowiem zupełnie inną konsolę środkową. Na niej nie ma klasycznego wybieraka biegów tylko 3 przyciski, dla jazdy w przód, tył oraz „biegu neutralnego”. Poza wymienionymi testowana Kona to na prawdę świetnie wyposażony samochód. Wentylowane i grzane siedzenia, podgrzewana kierownica, wszelkie pakiety asystentów jazdy i bezpieczeństwa w tym m.in. aktywny tempomat czy czujnik martwego pola. Jedynie jakość materiałów przy cenie przekraczającej 200 tysięcy złotych, bo na tyle właśnie wyceniono testowany egzemplarz elektrycznej Kony, mogłyby być zdecydowanie lepszej jakości. Chociażby koreańska marka mogłaby się pokusić o nieco więcej miękkich elementów.

Czy to jednak gadżet?

Ale pomimo tej wygórowanej ceny jak za crossovera Hyundaia, w przeciwieństwie do innych mu podobnych, oferuje kilka rzeczy których brak konkurencji. Sensowną moc i elastyczność napędu w kontraście do nadwagi spowodowanej bateriami. Zasięg, który katalogowo jest zgodny z tym który uzyskasz podczas, tu słowo klucz, normalnego użytkowania, bez wydziwiania z odłączaniem połowy elektroniki. I wygląd, który nie odbiega znacząco od obecnego, przyjętego standardu, nadal będąc atrakcyjnym, nowoczesnym i zdecydowanie wyróżniającym się pojazdem. Cenę znacznie podbija tu oczywiście napęd elektryczny. Ale gdy doszliśmy już, że oszczędność z jego posiadania jest względna to czy samo posiadanie nowoczesnego gadżetu jest tego wart? Na to pytanie konsumenci już muszą odpowiedzieć sobie sami.

kz


We współpracy z Huyndai Motor Poland

facebook.com/KacperZiolkowskiAutomotiveStories
instagram.com/kacperziolkowski.stories