Mazda MX-5 RF

Story #24 – Jedność | MX-5

Żyjemy w dziwnych czasach dla motoryzacji. Małe rodzinne hatchbacki dostarczają osiągi na poziomie, który jeszcze nie tak dawno określalibyśmy mianem „super”. Oczywiście, adekwatnie angażując przy tym kierowce, ale dzięki zaawansowanym technologiom są bardzo trudne do wytrącenia z równowagi. A poszukiwanie ich limitów dostarcza ogromu radości. I nie ma w tym nic złego, tak wygląda przecież rozwijający się świat. Ale istnieje pewien filar motoryzacyjnej filozofii, zakładający jakże inne podejście do czerpania radości z jazdy. Bo Mazda MX-5 wydaje się wręcz totalnym przeciwieństwem obecnych trendów wśród sportowych samochodów.

Magia filozofii.

Kult modelu popularnie zwanego Miata jest dla mnie fenomenem. Myślę, że bez trudu może równać się z wyznawcami innych ikonicznych modeli, ale w przypadku MX-5 jest coś wyjątkowego. Jadąc ulicą przygotuj się na serie uśmiechów i palców skierowanych w Twoja stronę. I przede wszystkim, każde przypadkowe spotkanie z inną MX-5 może skończyć się spontaniczną podróżą z nowo poznanym znajomym, wymieniając przy tym serie ciepłych pozdrowień. Jestem ciekaw czy tak pozytywne interakcje z innymi kierowcami japońskiego roadstera wynika z natury osób, które je kupują, czy to właśnie casualowa jazda bez dachu tak pozytywnie nastraja do życia.

Pod dachem i pod słońcem.

A propo otwartego dachu. Tak wypada poruszać się przez większość czasu. Co nie znaczy, że kiepska pogoda będzie wielką przeszkodą, bo gdy złapał nas deszcz podczas przejażdżki ulicami Warszawy, pierwszą reakcją był śmiech. Krótki postój i w kilkanaście sekund twardy dach wersji RF był już na właściwym dla sytuacji miejscu. Zamieniając niepraktyczny kabriolet w niepraktyczne coupé. No właśnie, nigdy bym nie pomyślał, że podróż we dwoje może być logistycznym wyzwaniem. Mała torba z podręcznymi pierdołami? Zapraszamy do bagażnika. Zrobiło się cieplej na słońcu? Powodzenia w upychaniu zbędnej bluzy gdziekolwiek. W kabinie zmieścisz co najwyżej portfel, klucze i telefon. Ewentualnie paczkę chipsów na drogę w schowku za siedzeniami. Dla kierowcy i jego pasażera o wzroście poniżej europejskiej średniej zostanie dokładnie tyle miejsca żeby dosyć ciasno ich otulić. Od stóp do głów. Przymierzanie się do auta nabiera w tym wypadku dosłownego znaczenia. Reszta wnętrza… jest. Na plus warto dodać głośniki świetnego nagłośnienia BOSE znajdujące się w zintegrowanym zagłówku fotela. Obsługa klimatyzacji i systemu multimedialnego też na swoim miejscu w zasięgu zrelaksowanej ręki. Prosto i bezpośrednio. I taka MX-5 jest też podczas jazdy.

Nie liczby, a duch.

W zasadzie w przypadku małej Mazdy powinniśmy mówić tylko o jeździe. Bo w tej płaszczyźnie ma sporo do zaoferowania. I ma na to stosunkowo prosty przepis. Wolnossący dwu litrowy silnik o mocy 160 koni i około tonowa masa rozłożona dokładnie 50/50, a wszystko to skutecznie zamieszane przez napęd na tylną oś. To są oczywistości. W praktyce przekłada się to na niesamowitą frajdę z jazdy. Pozycja jaką zajmujesz za kierownica jest porównywalna do gokartowej. Jest nisko, ekstremalnie nisko. Podobnie zreszta jak sam samochód, bo gdy już wpadniesz do środka przed oczami ukażą Ci się dwa muskularnie wyprofilowane nadkola. Robi wrażenie. Skrzynia manualna to jedyny prawidłowy wybór dla tego samochodu. Przyjemnie krótki skok lewarka i dźwignia, która pewnie i satysfakcjonująco wpada w swoje miejsce tylko potęguje poczucie jedności z samochodem, co Mazda określa mianem Jinba Ittai.

Jedność.

Przy szybszej sportowej jeździe MX-5 zachowuje się nad wyraz przewidywalnie i przy odrobienie umiejętności jest dziecięco prosty do opanowania. Nigdy nie miałem poczucia że dzieje się z nim coś na co nie mam wpływu, bądź jest konsekwencją czegoś czego nie przewidziałem. Poza niską masą i jej idealnym rozłożeniem dużo pewności daje ilość informacji jakie docierają do Ciebie przez kierownice, a która pracuje z przyjemnym oporem. Wisienką na torcie jest mechanizm różnicowy o ograniczonym poślizgu. Wielki ukłon dla japońskiego producenta który postanowił pozostawić mechaniczną szperę. Poszukiwanie granicy pomiędzy zwinnym i precyzyjnym wkręceniu się w zakręt a uślizgiem tylnej osi jest jedną z lepszych atrakcji jakie doznałem ostatnio w samochodzie. Nawet przy włączonej kontroli trakcji, przy odrobinie chęci, pozbycie się przyczepności nie jest szczególnie trudne. Wręcz powiedziałbym, że system pozwala na delikatny uślizg który ma wywołać uśmiech na Twojej twarzy, po czym zaraz przywraca go na właściwe tory, nieco wcześniej, niż zdecydowałbyś się to zrobić osobiście. Ciekawiej zaczyna się robić gdy zdecydujesz się podziękować mu za współprace, stawiając tylko na własne umiejętności. Mazda pokazuje wtedy swój pazur, jednocześnie zyskując na przewidywalności. Samochód układa się i reaguje na kontre z wciśniętym podałem gazu dokładnie tak jak mu wskażesz. To chyba pierwszy tak odczuwalnie mechaniczny, lekki i zwinny samochód jaki miałem okazje prowadzić.

Kompromis? Nie słyszałem o czymś takim.

Obecnie łączenie wybitnych osiągów z praktycznością nie jest szczególnym osiągnięciem. Za to bardzo pożądanym przez entuzjastów motoryzacji zdroworozsądkowym kompromisem. W tym świecie jest samochód, który odstaje w tym pierwszym, a mimo to może wydawać się prawdziwszym sportowcem, niż pozostałe. Wiem, że mogą być przeznaczone do innych celów, ale to ta bezkompromisowość ujęła mnie w małej Mazdzie najbardziej. I niesamowite jest to ze z tego samochodu można się cieszyć w dwóch totalnie różnych płaszczyznach. Pierwszą jest powolne bulwarowe toczenie z wiatrem we włosach. Druga szybsza, dająca dużo satysfakcji sportowa jazda. MX-5 odnajduje się w obu z nich idealnie. Pokuszę się o stwierdzenie, że ostatnią dekadę w świecie motoryzacji można podsumować kilkoma zjawiskami: intensywnym downsizingiem, puchnięciem nadwozi podyktowanym ich praktycznością i absurdalnym windowaniem osiągów. A mam wrażenie, że żadne z nich nie słyszało o Mazdzie MX-5. I to dobra rzecz.

kz


We współpracy z Mazda Bemo Motors, dzięki!

facebook.com/KacperZiolkowskiAutomotiveStories
instagram.com/kacperziolkowski.photo